mama tymkowa

Blog osobisty

Posterunek.

Bełchatowski plac zabaw. Dziadek i Tymek uskuteczniając męskie wyjście, grają w piłkę. Tymek oczywiście w podskokach i biegiem. Z przyczajki – choć po wnikliwej obserwacji, ale jednak zupełnie niepytana – odzywa się babcia, która dłuższy czas huśta na huśtawce swoją wnuczkę:

– O matko! Ten mały to nie chodzi tylko biega! – wygłasza tonem lekko oburzonym, a już na pewno zdziwionym tak, jakby każde inne dziecko świata chodziło krokiem zwartym i rytmicznych niczym żołnierz armii reprezentacyjnej.

– No biega, biega – odpowiada dziadek. – A co ma tak siedzieć i się hustać, jak ta gapa…

Kilka dni później, łódzkie podwórko. Chłopaki znowu razem. Tymek próbuje wydostać się za furtkę, która jest zamknięta.

–  O rety! Udało mu się. Otworzył! Ale cwany! – komentuje ucieczkę inna, obserwująca zdarzenie babcia.

– Nie cwany, tylko mądry proszę pani. MĄDRY – prostuje ją dziadek.

Nie ma lekko. Z dziadkiem nie zadzieraj. Dziadek czuwa.

Ps. Czy powieść Czarne Stopy to o nas?!

 20160911_175448

1 września.

Pierwszy września – radość rodziców, bo dzieci do szkół.

U nas jak zwykle wszystko na opak, bo do szkoły matka, a dziecko do dziadków. A jak do dziadków, to wiadomo – wakacje nieustanne. Dziadek debiutuje w roli opiekuna stażysty i zmienia z zaledwie małymi wpadkami pieluchy. Oboje organizują się tak, by połączyć pracę z pomocą w opiece nad wnuczkiem.

Ze żłobkiem nie wyszło. Trudno. Wrócimy do tematu. Ciociunia chciała rzucać robotę, studia i się z mostu, gdy usłyszała, że w żłobie był taaaaki ryk. Że niby przejdzie, że wszystkie dzieci płaczą? No może. Nasze szesnastomiesięczne nie będzie. Niech płaczą ci, których od kilku lat dotykają różnorakie reformy oświatowe. Biedne są pięciolatki, sześciolatki, siedmiolatki, szóstoklasiści, gimnazjaliści, ich rodzice i nauczyciele. Tymkowi naprawdę można dać spokój.

Przyjemnego 1 września wszystkim. On naprawdę może taki być. I trzymajcie za nas kciuki, by trasa Łódź – Bełchatów mijała nam tylko na zielonych światłach.

Spacerek.

Idzie dziecko. Chłopiec dajmy na to. Prawa nóżka, lewa nóżka, ja jestem niedźwiadek. Trzyma się opiekuńczej dłoni rozkochanej w nim matki, tudzież lekko niedospanego, ale jakże szczęśliwego ojca. Idzie miarowo, czasami się zatrzyma, pokontempluje naturę, na śmieciarę się pogapi, do pieska pomacha żarliwie.

Biegnie Tymek. Nie, nie idzie, bo on z natury swej nie chodzi. Biegnie. ŁAAAAAA, RUUUM TUUUM TUUUM, BUUUUUUU, ŁUP. Mój synek. Człowiek demolka. Postrach łódzkich gołębi, najgłośniejsze dziecię na placu zabaw. Przytula się do jakiejś pani napotkanej na chodnikowej ścieżce, włazi na ławkę, z której za chwilę spada, biegnie pomiędzy krzaki, gdzie – jak przestrzegają starsi koledzy – pełno kleszczy.

Jeśli słyszycie pisk dziecka, to zapewne Tymek, którego próbujemy wsadzić do wózka.

20160817_163439

Choć nie sen, to sens.

„Kamper”. Scena, podczas której małżeństwo trzydziestolatków ze zdziwieniem przygląda się pękatemu brzuchowi ciężarnej koleżanki z korpopracy. Dramat znajomej uwydatniony zostaje pytaniem: Czy to prawda, że na ciążowym brzuchu rosną włosy? Seria wniosków: ona już nigdy nic nie narysuje, po co jej to wszystko, dosadnie podkreśla, że jednak kanał na całego.

A przecież dziecko to początek. Początek wszystkiego.

Jego bezczelne, huczne i pełne rumoru wtargnięcie w nasze życie sprawia, ze zazwyczaj zaczynamy ogarniać. Bezwarunkowo musi nam się chcieć. Nie ma zmiłuj, nie ma, że biorę wolny dzień na żądanie, załatwiam lewe zwolnienie, zostaję w domu, zaciągam roletę na okno, a kołdrę na nos. Nie ma że boli. Nie ma że kac, że chcę poleżeć, że paznokcie trzeba pomalować na hitowy kolor sezonu.

Oczy masz podkrążone, powiekę opadającą, włosy tłuste, nogi takie jakby chaszczami porośnięte.

Ale, ale.

Masz też świadomość, że jest sens. Że wychodzisz z przedsionka, w którym niemrawo tkwiłaś od lat, wpierdalasz się w tę całą dorosłość i – o dziwo – nie jest to początek umierania. Czujesz powiew, nowe czujesz. Świeże, lekkie, morską bryzą pachnące. Dziecko wyznacza kierunek. Jest wyjącym drogowskazem. Pozwala w tym całym biegu złapać oddech, dystans i obrać właściwy tor. Siedzisz więc o drugiej w nocy z cyckiem na wierzchu i zdajesz sobie sprawę, że trzeba jednak poukładać to wszystko inaczej. Że dość z wynajmowaniem mieszkania od starej, śmierdzącej molami polonistki, która ciągle myli się w obliczaniu rachunków na swoją korzyść. Że koniec z pracą po czternaście godzin dziennie, bo obiad trzeba będzie rodzinie podać. Że w dupie masz jałowe znajomości, a czas lepiej spędzić na placu zabaw. Że wychowasz to dziecko sama, bo dość użerania się z tym idiotą, który nie może wyrosnąć z krótkich spodenek.

Rodzicielstwo to błogosławieństwo. I naprawdę mnóstwo świetnej zabawy. Jak nazwać 30-letnią kobietę, która udaje, że jest jedną ze Spice Girls i śpiewa do dezodorantu chwilowo będącego mikrofonem? Ta kobieta jest Wictorią, Victorią przez V, najszczuplejszą ze Spicetek i nieważne, że jedyna mini spódniczka, jaką ma jeszcze sprzed okresu ciąży, wbija jej się w boczek i pośladki. Nazwać ją wariatką? Nie, ta kobieta jest matką i daje koncert dla swojego malucha zjadającego wieczorną kaszkę. Jego to tak bawi, tak to lubi, tak rechocze, że matka polka – chwilowo Victoria – naprawdę nie może postąpić inaczej. Tańczy i śpiewa, a tłumy szaleją.

Choć chyba każdy rodzic  to trochę wariat. Bez odrobiny wariacja nie da się tą drogą przejść. Ale spoko, jak bowiem pisał Szekspir – w tym szaleństwie jest metoda.

A Ty? Kiedy ostatnio byłeś jedną ze Spice Girls?

Smacznego.

– Nie Tymek, to niemożliwe żebyś był głodny. Zjadłeś podwojoną porcję kaszki orkiszowej i owoc. Jajecznica jest dla mnie i dla mamy. Ty jesteś już po śniadanku – mówi ojciec.

Decyduję jednak, że wezmę syna głodomorka na kolano i dam mu odrobinkę, bo nie przestanie męczyć. No i na pewno nie da nam spokojnie zjeść.

Cisza. Znaczy Tymek ma pełną buzię. Kilka chwil później pytam ich, czy dobra ta jajocha, bo Tymcio nawet na moment nie odpuszcza i każdy kawałek ląduje w jego buzi. Mój osobisty dietetyk, on po prostu dba bym mniej żarła.

– Masz trochę mojej porcji – lituje się mąż. – Nieee Tymek zostaw, dałem to mamie, nie tobie. Następnym razem zrobię jajecznicę nie z ośmiu, a z piętnastu jaj. Chryste, on będzie chodził po przedszkolu i wyjadał dzieciom z miseczek. W podstawówce będzie wyjmował drugie śniadanie z plecaków innych dzieciaków, a w liceum pójdziemy z torbami, bo nie damy rady go wyżywić.

A tak poważnie – posiadanie dzieciaka, które nie funduje nam posiłkowych koszmarów jest cudowne! I nadal udaje nam się unikać cukru. Picie wody weszło w nawyk, przysmakiem są maliny, jagody, borówka, porzeczki, kasze, zupy, a w ostatnim czasie – naturalny, niesłodzony sok z owoców aronii, przygotowany przez prababcię.

Warto kształtować prawidłowe nawyki żywieniowe.

PS.  Na talerzu ulubiony obiad, przyrządzony przez babcię: pulpeciki z indyka i leczo. Tymek uznał, że na tę okoliczność trzeba założyć czapkę.

Tak, matka też czasami gotuje.

2016-08-07_15.57.53

« Older posts

© 2016 mama tymkowa