mama tymkowa

Blog osobisty

Sposób, w jaki matka wybiera kosmetyczkę jest jeden.

Wyciśnięta z dnia chwila relaksu. Klimatyzowany gabinet, kiedy na zewnątrz tropiki. Smooth jazz z głośników, choć po przeciwnej stronie ulicy, na samiusieńkim środku chodnika wesoła gromadka mocno przeżartych odorem alkoholu i przesikanych krzaków żuli. Ponieważ niesłychanie wkurzają mnie wiecznie z wszystkiego niezadowoleni malkontenci bezustannie narzekający na Łódź,  wpatrzona w perełkową tapetę gabinetu kosmetycznego zatapiam się w myślach i rozważaniach o poczuciu estetyki Hanny Zdanowskiej i tym, co tak właściwie chciała osiągnąć otwierając kolejny, jakże modny woonerf z gromadką męczenników żulerskich. I gdy dochodzę do jakże budującego wniosku, że te żule to na pewno nie nasze, a przyjezdne – prosto z miasta Kutna (bo kto nie był na dworcu w Kutnie, ten życia nie zna) – zza granic miasta i myśli wyrywa mnie od dłuższego czasu dziamgający głos pani kosmetyczki. Że ona naprawdę nie rozumie, dlaczego 500 + dają tylko na dzieci, a nie dają na psy. Bo utrzymanie takiego psa to kosztuje. I ona wie, co mówi, bo ona ma dwa jorki. Dwa!

Patrzę na nią z nadzieją, że to jakieś wyrafinowane poczucie humoru, na które jestem zbyt głupia. Ale nie. Więc patrzę na nią i milczę. No bo cóż. Znów jestem w punkcie wyjścia, wiem, że nadal szukam kosmetyczki. Bo choć babka pięknie robi co tam trzeba, to oprócz ciała odpoczywać musi przede wszystkim głowa.

Nie jest to moja gorąca deklaracja podparcia dla 500 plus. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko w tej kwestii działa jak powinno i jak bardzo Polaki cebulaki potrafią kombinować, by oszukać, zaniżyć i dostać. Jest to natomiast moja gorącą deklaracja przeciw bezmyślnemu gadaniu. Za dużo tej głupoty dookoła. Tak powstają bijące po społeczeństwie podziały na dzieciatych i bezdzietnych. I na paplających i milczących. I na ciut myślących i bezmyślnych też.

Z pozdrowieniami dla wszystkich Kutnian. Czy tam mieszkańców Kutna.

O Matko!

Dzień Matki. Dzień Matki Rozdrażnionej, bo nie spała spokojnie i twardo od czterech tygodni. Katar i astma najmłodszego, egzaminy starszego, choroba ojca. Nie spała. Nie umie, choć bardzo chce i potrzebuje.

Dzień Matki Płaczącej przy obieraniu włoszczyzny, bo to właściwie jedyne miejsce, gdzie jest sama i jedyny czas kiedy jest sama. Nikogo innego obieranie włoszczyzny nie obchodzi. Ją musi. Wszyscy inni odpoczywają po trudach pracy i edukacji. Ona też jest po pracy, a przecież nie odpoczywa wcale. I nawet jeśli do pracy nie wyszła od kilku miesięcy, to jej aktualna praca nazywana paradoksalnie urlopem macierzyńskim bywa trudniejsza niż mogłaby to sobie kilka lat temu wyobrażać. Płacze więc teraz, tak żeby nikt nie widział, po cichutku, przy tej włoszczyźnie ciągnącej się, jak jej zmęczenie. Kiedy ma poryczeć, jak nie teraz. Podczas wieczornego prysznica nie może popłakać, bo po pierwsze nie starczy jej sił na prysznic, a po drugie – nawet jak dotrze do wanny, to na pewno nie będzie tam sama. Jakieś malutkie stópki wepną się na paluszki by z radością matce potowarzyszyć. A jeśli nie stópki to pięść nastolatka oznajmiającego przez drzwi łazienki, że on właśnie teraz musi się wykąpać, bo akurat przerwa w serialu i jeśli się właśnie teraz nie odświeży, teraz, teraz, właśnie teraz, to śmierdział będzie przez następne dwa dni. I żeby ona, matka znaczy – wiedziała, on lojalnie uprzedza, bo ona, matka znaczy, pretensje później ma o to śmierdzenie jego, syna nastolatka znaczy. A to właściwie jej wina.

Dzień Matki Szczęśliwej, Dzień Matki Rozczarowanej, Dzień Matki Zaczarowanej, Dzień Matki Kombinującej i Zasupłanej. Dzień Matki Jedynej i Najlepszej. Dzień Matki kochającej jak stąd do nieba. Bezwarunkowo i mimo wszystko.

FB_IMG_1466854038558

Pszczółka Maja.

„W samym środku zdyszanego dnia”. Zdążyłam być w teatrze w towarzystwie krótkich męskich spodenek, opitolić srogo za te krótkie spodenki, poczynić wykład o obyciu, kulturze osobistej, dotrzeć przykładem dobitnym, że skoro na basen nie chodzi pływać w kożuchu, to dlaczego do teatru w dresiwie, wrócić umordowana po tym teatrze jak po dwunastogodzinnej zmianie też zdążyłam i bum. Gruchnęła bardzo smutna wiadomość o śmierci Zbigniewa Wodeckiego. Człowieka, który wydawał się być od zawsze i na zawsze. Człowieka – w moim przekonaniu – nieśmiertelnego i zupełnie niezmiennego na przestrzeni lat. Człowieka, który jeszcze kilka lat temu kojarzył się mojemu – szczeniackiemu wówczas – pokoleniu z lekkim obciachem, rodzinnymi imieninami u cioci Mariolki, która corocznie lekko wstawiona krzyczy do swojego podpitego już mocno męża Tadzia, że ona chce do Opola i, że jak Tadzio kocha, to ją tam zabierze.

Dokładnie pamiętam moment mojego dzieciństwa, kiedy rodzice powiedzieli mi, że piosenka, która tak pięknie wita Pszczółkę Maję każdego odcinka i każdego wieczoru, wykonywana jest przez tego pana z trąbka i burzą loków. Szok i niedowierzanie, chociaż dziś właściwie nie wiem dlaczego. Wiem natomiast, że Zbigniew Wodecki był jedną z ostatnich nici łączących mnie z dzieciństwem. I wiem już dziś też, że to człowiek, który tworzył Polską Kulturę. On i Inni, którzy w dużej mierze niestety już odeszli z tego świata. I o ile w przypadku muzyków, poetów, ludzi kultury pozostaje mieć nadzieję, że faktycznie grają w Największej Orkiestrze Świata i świetnie się w Niej odnajdują, o tyle ogromnie martwi sytuacja nas tutaj.

Odchodzą Najwięksi i Wybitni. Ludzie, na których wychowały się kolejne pokolenia. I nawet jeśli nie słuchało się ich utworów z namiętnością, to Oni po prostu byli, tworzyli i jak się okazuje drążyli krople w sercach, duszach, umysłach, sztuce i kulturze. To zaowocowało i zostało na wieki wieków. Niestety dzisiejsza młodzież zupełnie nie ma pojęcia o takiej postaci jak Zbigniew Wodecki. Nie wiedzą kim była Maria Czubaszek, czy Wojciech Młynarski. Nie mają pojęcia kim była Danuta Szaflarska i dlaczego nikt nigdy nie napisał o Niej nic na pudelku. Nie znają Kasi Nosowskiej, Muńka Staszczyka, Adama Nowaka, Kazika Staszewskiego, Renaty Przemyk, choć Ci na całe nasze szczęście są z nami i aktywnie działają w życiu kulturalnym. A przecież to Opener Festival, Męskie Granie, Off Festiwal, Woodstock. Młodzi ludzie jednak nie wiedzą nic.

Radiowa Trójka cały dzień przypomina rozmowy z Wodeckim, odkurza Jego starsze i nowsze utwory. W jednym z nich Wodecki śpiewa: „pięknie jest, znów kwitną bzy”. Fakt, kwitną. I choć Pan z niezapomnianą burzą włosów wybrał sobie piękny dzień na pożegnanie ze światem, to ja wcale nie jestem tak pewna piękna Anno Domini 2017.

Jestem poruszona śmiercią Zbigniewa Wodeckiego. Kto by pomyślał. Skoro życie płata figle, to może i kultura ma jeszcze szansę?

Majówka a dramat fryzjerski.

FB_IMG_1493475701396

Wszystko zaczęło się dziś od tego zdjęcia, choć zrozumiałam to dopiero po kilku godzinach sobotniej egzystencji. Gdybym wiedziała od razu – nie patrzyłabym.

Tymek panicznie boi się fryzjera. Wszystkie rady pod tytułem musisz wziąć go na kolanka, gdy moje dziecko było małe robiłam tak i pomagało tobie też na pewno pomoże tylko spróbuj spróbuj proszę włożyć sobie w buty by być wyższym. Braliśmy bowiem dziecię nasze na kolana, na ręce, rozpieszczaliśmy tabletem, przyzwyczajaliśmy do widoku maszynki, nożyczek, jeździliśmy do dziecięcego fryzjera koszącego portfel niczym Jaga Hupało,  w którym są miliony zabawek i exclusive automatyczne autka prawie jak na wiejskim odpuście z okazji corocznych dożynek. Nic. Histeria, panika, dramat, kurczowe trzymanie się zrezygnowanych ramion rodzica. Nie pomagają też obietnice, a obiecać moglibyśmy mu w tym momencie wszystko: od wakacji w Honololu, przez najnowszy model BMW wręczony hucznie w najbliższy Dzień Dziecka, po głębokie zapewnienia, że nigdy, przenigdy nie będziemy wtrącać się do jego związku. I kiedy dziś po raz kolejny postanowiliśmy spróbować szczęścia i zabrać syna naszego na (ś)cięcie, los nie był dla nas łaskawszy. Wróciliśmy do domu zestresowani, z dudniącym sercem i nadal zarośniętym jak małpka synkiem. Rozwodząc się nad szczęściem posiadania łysego potomka wpadliśmy na pomysł, że nieco podetniemy te cholerne włosy podczas popołudniowej drzemki. Idea nie pierwszej świeżości i świetna tylko na pozór, bo nie raz już próbowaliśmy. W efekcie sprytu i burzy mózgów, wszystko udało się tylko i wyłącznie nad prawym uchem. Do lewego jak i całej reszty głowy nie zdążyliśmy dotrzeć – Tymek jest czujny nawet podczas snu. W efekcie sobotniego, a może i życiowego dramatu znów zostaliśmy tym beznadziejnym poczuciem będącym niestety i faktycznym stwierdzeniem: objebany. I kiedy myślałam, że większy smutek mnie już nie dosięgnie, z łazienki wyszedł mąż. Mąż, którego lewa strona głowy wyglądała jak tor wyścigowy. W rozpaczy i zdumieniu szukałam naprędce innych porównań, ale na myśl przyszedł mi jedynie pas startowy tanich linii lotniczych plus obawa, że to na pewno skrajne i ostateczne załamanie nerwowe małżonka. Jak wiadomo – życie weryfikuje i jeśli do tej pory uważałam, że syn jest objebany, to byłam w błędzie. Wielkim błędzie.

– Ale Michał. Dlaczego?

Cisza. Histeria, panika. Wkurw.

– Odpowiadaj! Mów, kiedy pytam. Powiedz coś!

– Pomyślałem, że jak Tymek zobaczy… to też będzie chciał…

– Ale przecież Tymek dalej śpi!

Cisza. Histeria, panika, wkurw.

– Przecież już mój ojciec golił maszynką włosy z nadzieją, że jak Tymek zobaczy, to też będzie chciał! Powiem Ci więcej! Nic to nie dało! I wiesz co? Wiesz co? Tymek wtedy nie spał, a był obok niego i trzymał go za rękę! A teraz śpi! Śpi! Jak niby miał zobaczyć..?!

Jeden objebanych nad uchem z lewa. Drugi z prawa. To dopiero pierwszy dzień naszego dziecięciodniowego urlopu majówkego. Nie chcę nawet myśleć, co będzie dalej…

Tak, wiem, że jako polonistka nauczająca młodzież polską powinnam znaleźć synonim wulgaryzmu albo przynajmniej złagodzić wyraz o mniej nacechowany pejoratywne, ale oni naprawdę są objebani. Po prostu. Obaj. Na całe szczęście ja po czwartkowej wizycie u fryzjera wyglądam niczym młodsza (!!) wersja Jennifer Aniston. Jak widzicie samopoczucie mimo dramatycznych wydarzeń u mnie całkiem niezłe.

Aha. Słonecznej majówki wcale nam nie życzcie, bo przy takiej pogodzie jaka aktualnie, z pełnym wytłumaczeniem można nosić grube czapki. Najlepiej niewidki.

Zatem: co najczęściej kobiety dostają od mężczyzn? Oczywiście, że pierdolca!

Trzydzieści lat minęło.

Że jestem z rocznika datowanego na pradawny to rzecz oczywista.

Absolutnie nie nadaję się do noszenia New Balance z odkrytą kostką gdy temperatura nie przekracza trzynastu stopni celcjusza. Mało tego. Ja w ogóle nie pragnę New Balance! Modnie przetarte dżinsy, przyprawiające o zawał serca moją babcię, która umartwiona szepce do dziadka, że trzeba nas wspomóc finansowo, bo spodnie dziurawe – toleruję tylko latem. Na pytanie co zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę odpowiadam ciepłe, wełniane majtki. Gdy koleżanka z pracy wspomina, że ostatni strajk, jaki przeżyła w robocie to ten w ’81, mam ochotę odkrzyknąć, że ja także. Bardzo utożsamiam się ze starszym rocznikiem. Agnieszka Osiecka, Kasia Nosowska, Wisława Szymborska, Kazik Staszewski, Wojciech Młynarski, Marek Grechuta – do nich mi zdecydowanie bliżej. Nie odróżniam Beyonce od Ruhanny, Dżastina Bimbera od Kenyego Westa, a mój telefon komórkowy typu cegła zamieniłam na smartfona tylko dlatego, że mąż nie mógł zdzierżyć i kupił taki new multi kulti. Z czułością wspominam czerwonego fiata 126p mojego taty, zabawy wieku dziecięcego na trzepaku oraz diabła, który jeździł po moim rodzinnym osiedlu czarną wołgą i porywał dzieci.

Wczoraj kończyłam 30stkę z bezcenną myślą i uczuciem, że dobrze mi w tym życiu. Mądry facet, tłuste dziecko – dobrobyt w czystej postaci. Nastąpiła zmiana kodu na trójkę z przodu i cóż. Panta rhei. Staro się nie czuję i chyba też jeszcze stara nie jestem, bo nie narzekam na naszą dzisiejszą młodzież. Wręcz przeciwnie! Młodzież uważam za cudowną i cudowności od nich doświadczam. Gdy zacznę marudzić, że ta dzisiejsza młodzież taka, siaka i owaka, będzie oznaczało, żem stara!

Sto lat mi i wszystkim, którzy najlepszym, bo 1987 rocznikiem!

20170331_165012

 20170331_164949

received_1788133884545527

20170331_163332

« Older posts

© 2017 mama tymkowa