mama tymkowa

Blog osobisty

Relax.

Reklama dźwignią handlu. Podstawą efektywnego marketingu jest – jak donoszą najmądrzejsze podręczniki – sprecyzowanie docelowej grupy odbiorczej. Takiej, która skonsumuje i nawet jeśli wypluje, to zostawi kasę w prywatnej kieszeni.

Weźmy na ten przykład takiego dentystę. Że niby dentysta sadysta. Że borowanie, dłutowanie, ręką, noga mózg na ścianie. Tymczasem Matka Polka rozkłada się wygodnie w fotelu, a dźwięk dentystycznego wiertła odbiera jako przytulne i zachęcające do drzemki brzęczenie Szumisia. Nie straszne jej światło bijące po oczach niczym to, którym Gebels i Despero traktowali najokrutniejszych zwyrodnialców świata tego, a aktualnie potraktować nim powinni samego Patryka Vege z pytaniem Why Patryk why?! Matka Polka leży. Ona leży. Prawie jak w SPA. Wszak i wygodny fotel jest, i to brzęczenie niemalże jak szum fal – a niech tam – Morza Śródziemnego. I światło udające słońce. Nic więcej do szczęścia jej nie potrzeba. Ona leży. W domu bunt dwulatka, który do perfekcji opanował artykułowanie słowa nie, nawet jeśli ma ono oznaczać tak. W pracy bunt nastolatka, który zastanawiając się, czy szczęśliwy numerek chroni tylko od nauczycielskiego pytania, czy może jednak także od niezapowiedzianej kartkówki, postanawia zgłosić się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Jak wiadomo punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia i ten szczęśliwy numerek będzie oznaczał zupełnie coś innego w akademiku, ale wtedy nikt nie będzie pisał do Hagi. Leży więc matka, zrelaksowana zupełnie, modląc się by wszystko nie trwało zbyt krótko. I gdy okazuje się trzeba zaborować, i że kanałowe, to postanawia jak najszybciej skorzystać, zapisać się naprędce do prywatnego dentysty – wcale nie sadysty, bo przecież na fundusz to za półtora roku najwcześniej. A jednak czekać taki kawał czasu na relax przez wielkie x, to nawet nie przesada, a po prostu ryzyko.

Ważne by dostrzec potencjał i sprecyzować trafnie potrzeby każdego spragnionego konsumenta. Matce tez się należy, matka też konsument. I nie chodzi tylko o wkładki laktacyjne, co to, to nie.

Do zobaczenia zatem dentysto. Ach mój dentysto!

O małej dziewczynce i dużym miśku ku pokrzepieniu serc.

Może nawet bardziej dla tych, którzy dzieci nie mają. Ci, którzy są jakże szczęśliwymi i jakże kurwa zmęczonymi posiadaczami dziecka sztuk minimum jeden, na pewno już stali się wybitnymi znawcami kreskówki, która podbija serca małych i dużych.

Czy czujesz się czasami jak Briget Jones świętująca swoje trzydzieste urodziny w samotnym skowyciu podstarzałej macicy? Czy zdarza ci się przeleżeć dzień we flanelowej pidżamie oversize? Czy bywają weekendy pełne kubełków lodów o smaku karmelowej krówki ciągutki i Friendsów oglądanych po raz siedemdziesiąty w tym miesiącu? Czy miewasz dni zupełnej depresji i życiowego doła niczym dwulatek, któremu dano jabłko pokrojone w ćwiartki zamiast przekrojonego dorośle na pół?

Jeśli tak, to się ratuj. Ratuj się, kto może. Ratuj się Maszą i Niedźwiedziem! Kreskówką radosną, pogodną i optymistyczną niczym majowy skowronek. Bajką, która urzeka dobrocią, kreatywnością, błyskotliwością, humorem i która uczy od najmłodszych lat, że psoty gilgoty to nic złego, bo przecież z każdej sytuacji można wyjść obronną ręką, jeśli tylko się działa i chce.

O Maszy i Niedźwiedziu opowiadali mi rodzice, którzy odkryli animację spędzając zimowe wieczory z marudnym nieco wnukiem. Ot popatrzyłam wtedy na nich, jak na wariatów, wszak często tak patrzę. Jednak kiedy wróciłam do domu po trzynastu godzinach pracy, a mąż zamiast troskliwego pytania o moje samopoczucie zaczął opowiadać o tym, ile kaszy ugotowała Masza i co robiła z jej nadmiarem – postanowiłam zainteresować się fabułą. No i oklaski! Wyciąga z otchłani zimowego marazmu. Jeśli wam się nie chce, to już wam się chce.

Zostajemy z Maszą i Niedźwiedziem do wiosny. Na szczęście nie wszystkie misie zimą śpią, a dobra bajka nie jest zła. Wbrew złowrogim bajkom opiniom.

Atmosfera przedświąteczna.

 O tempora o mores!

Jak poczuć magię świąt, gdy codzienne obowiązki pracujących rodziców to właściwie przegrana walka z czasem i zagrożenie nabawienia się wrzodów żołądka połączonych z permanentnym fisiem? Jak poczuć magię świat, skoro śniegu nie ma? Jak poczuć magię świąt, skoro w domu nie pachnie ciastem ani grzybowym farszem na własnoręcznie lepione pierogi, a rodzinny obiad zastępuje zimna pizza pochłaniana w samotności, bo mąż w robocie a dziecko wyrodnie podrzucone dziadkom? Jak poczuć magię świąt, skoro z biurka straszy tona papierologii na wczoraj?

Zamiast śniegu zwilgotniałe liście, które przywierając do siebie, obnażają miliony psich kup zalewających chodniki, skwery i pobliskie trawniki. Że dramat? Wcale nie! Gdy biegniesz za swoim dzieckiem, któremu jesień i szaruga nie przeszkadzają wcale w poszukiwaniu przygód życia, jak w banku masz, że w tę rozmemłaną kupę wdepniesz nogą prawą. Ba! Wdepniesz w nią nawet i nogą lewą. Po trzykroć w nią wleziesz! I po uszy. Twoje dziecko natomiast ominie każdą kupę z precyzją godną chirurga plastycznego gwiazd holyłudu, ty po drodze zaliczysz kupę kup. Na szczęście! To wszystko na szczęście! Że niby wyłącznie wdepnięcie bosą stopą gwarantuje powodzenie? Bzdura. Sprawdziłam. W bucie też się liczy.

Mamy garstkę prezentów dla tabuna rodziny. Choinka nasza w kartonowym pudle stoi w ciemnościach mrocznej piwnicy. Nie ma jemioły i świątecznych ozdób. To nic. Jest szczęście. Kuuuupa szczęścia.

dsc_1160

Panie pilocie, dziura w samolocie.

Syryjska dziewczynka, która na widok obiektywu aparatu w geście poddania podnosi do góry ręce. Dziecko, które nie ma jeszcze pojęcia, jak wygląda aparat fotograficzny, ale doskonale wie, co trzeba zrobić, by próbować uniknąć śmierci przez rozstrzelanie.

Zdjęcie to obiegło świat w momencie, gdy ja byłam w ciąży. Zrobiło na mnie druzgocące wrażenie. Popłakałam sobie, pochlipałam w poduszkę i cóż. Żyję dalej umartwiając się błahostkami, choć w życiu mam naprawdę mięciutko i wygodnie.

Czy ta dziewczynka żyje, nie wie chyba nikt.

Zdjęcie powróciło dziś, gdy mój – lada dzień – półtoraroczny synek machał energicznie łapką na widok samolotu. Tymek robi tak, gdy na niebie widzi samolot. Mieszkamy nieopodal lotniska, samoloty latają tu stosunkowo często. Machamy wówczas z pozdrowieniem „panie pilocie, dziura samolocie”. Gdy dziś w telewizji pokazano bombardowania w Syrii, a Tymek pełen uśmiechu i radości machał ufnie i ochoczo do samolotów, które niosły śmierć, pomyślałam, że mam niesłychane szczęście, że dziecko moje nie jest szarpane ani żadną chorobą, ani żadną wojną, ani głodem czy poniewierką.

I tylko taką go ścieżką poprowadź, gdzie śmieją się śmiechy w ciemności. I gdzie muzyka gra. Nie daj mu Boże, broń Boże skosztować, tak zwanej życiowej mądrości. Dopóki życie trwa.”

Jemu i wszystkim dzieciom tego podłego świata.

adi_syria_twitter625

Czarny poniedziałek w środę.

W tym pędzie, jaki funduje mi życie, staram się obserwować i żółte, jesienne liście tańczące na wietrze, i szpaki porywające opadłe kasztany, i to, co dzieje się w społeczeństwie.

Gdy w miniony poniedziałek założyłam na siebie czarną sukienkę, czułam się dość niezręcznie. Tak niezręcznie. Ciągle pytano mnie, czy ta czerń to świadoma. A ja po prostu lubię czerń.

Czerń lubię, a tłumów i spędów wręcz nie znoszę . Nie znoszę też, gdy wmawia mi się coś, co nie jest prawdą, gdy każe mi się myleć ogółem, gdy mówi mi się, co jest jedynie słuszne i właściwie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że zazwyczaj każą coś ci, którzy z Bogiem na ustach, a z gównem w sercu. Ad rem.

Drodzy Państwo – czas na lincz. Nie utożsamiam się z czarnym protestem – z kilku powodów. Po pierwsze media, które są czwartą, a może i pierwszą władzą w tym dziwnym i umordowanym kraju wmówiły ludziom, że w projekcie obywatelskim (nie w ustawie ) dotyczącej aborcji napisane jest coś, co faktycznie napisane nie jest. By się przekonać wystarczy projekt po prostu przeczytać. Po drugie, choć może od tego należałoby zacząć – jestem boleśnie i stuprocentowo i przekonana, że pod pretekstem aborcji, pod pretekstem obrony życia matki, obrony życia poczętego, obrony rodziny, pod pretekstem roztrząsania czy człowiek to już zygota i płód kryją się nie faktyczne i piękne pobudki, a polityczne, śmierdzące wały, które przepycha się szybciutko i cichutko, podczas gdy długo i głośno krzyczy się na ulicach deszczowych, jesiennych miast ubranych nie w swoją codzienną szarość, a w wyjątkową czerń.

Nie pozwolę traktować siebie, swojego ciała, losów mojej rodziny jako tematu zastępczego! Ja nie jestem żadnym tematem zastępczym i na własne życzenie w ten kozi róg zapędzić się nie dam!

CETA się przepchnie to i spory światopoglądowe ucichną. Uciszą to wszystko ubabrani, uflejani, zakłamani politycy, którzy następnym razem, gdy chcieli będą zrobić nas w wała, odwołają się może już nie do aborcji, a do praw mniejszości seksualnych.

Myślenie nie boli. Szukajmy, słuchajmy, rozmawiamy, nie zamykajmy się na drugiego człowieka, który ma poglądy inne od naszych.

Ps. Gdy Tymek wykonywał ostatnio ćwiczenia logopedyczne uderzając językiem o wewnętrzne strony policzków usłyszeliśmy, że jest jak prezes. Prezes Kaczyński – który podobno robi identikio. Nie było aprobaty dla rozwoju dziecięcego aparatu artykulacyjnego. Na tapecie nienawiść, stereotypy, ogóły. Tacy my właśnie  jesteśmy. Tacy – czyli jacy?Tę sprawę zostawiam już każdemu z osobna.

Baj, baj.

« Older posts

© 2017 mama tymkowa