mama tymkowa

Blog osobisty

Majówka a dramat fryzjerski.

FB_IMG_1493475701396

Wszystko zaczęło się dziś od tego zdjęcia, choć zrozumiałam to dopiero po kilku godzinach sobotniej egzystencji. Gdybym wiedziała od razu – nie patrzyłabym.

Tymek panicznie boi się fryzjera. Wszystkie rady pod tytułem musisz wziąć go na kolanka, gdy moje dziecko było małe robiłam tak i pomagało tobie też na pewno pomoże tylko spróbuj spróbuj proszę włożyć sobie w buty by być wyższym. Braliśmy bowiem dziecię nasze na kolana, na ręce, rozpieszczaliśmy tabletem, przyzwyczajaliśmy do widoku maszynki, nożyczek, jeździliśmy do dziecięcego fryzjera koszącego portfel niczym Jaga Hupało,  w którym są miliony zabawek i exclusive automatyczne autka prawie jak na wiejskim odpuście z okazji corocznych dożynek. Nic. Histeria, panika, dramat, kurczowe trzymanie się zrezygnowanych ramion rodzica. Nie pomagają też obietnice, a obiecać moglibyśmy mu w tym momencie wszystko: od wakacji w Honololu, przez najnowszy model BMW wręczony hucznie w najbliższy Dzień Dziecka, po głębokie zapewnienia, że nigdy, przenigdy nie będziemy wtrącać się do jego związku. I kiedy dziś po raz kolejny postanowiliśmy spróbować szczęścia i zabrać syna naszego na (ś)cięcie, los nie był dla nas łaskawszy. Wróciliśmy do domu zestresowani, z dudniącym sercem i nadal zarośniętym jak małpka synkiem. Rozwodząc się nad szczęściem posiadania łysego potomka wpadliśmy na pomysł, że nieco podetniemy te cholerne włosy podczas popołudniowej drzemki. Idea nie pierwszej świeżości i świetna tylko na pozór, bo nie raz już próbowaliśmy. W efekcie sprytu i burzy mózgów, wszystko udało się tylko i wyłącznie nad prawym uchem. Do lewego jak i całej reszty głowy nie zdążyliśmy dotrzeć – Tymek jest czujny nawet podczas snu. W efekcie sobotniego, a może i życiowego dramatu znów zostaliśmy tym beznadziejnym poczuciem będącym niestety i faktycznym stwierdzeniem: objebany. I kiedy myślałam, że większy smutek mnie już nie dosięgnie, z łazienki wyszedł mąż. Mąż, którego lewa strona głowy wyglądała jak tor wyścigowy. W rozpaczy i zdumieniu szukałam naprędce innych porównań, ale na myśl przyszedł mi jedynie pas startowy tanich linii lotniczych plus obawa, że to na pewno skrajne i ostateczne załamanie nerwowe małżonka. Jak wiadomo – życie weryfikuje i jeśli do tej pory uważałam, że syn jest objebany, to byłam w błędzie. Wielkim błędzie.

– Ale Michał. Dlaczego?

Cisza. Histeria, panika. Wkurw.

– Odpowiadaj! Mów, kiedy pytam. Powiedz coś!

– Pomyślałem, że jak Tymek zobaczy… to też będzie chciał…

– Ale przecież Tymek dalej śpi!

Cisza. Histeria, panika, wkurw.

– Przecież już mój ojciec golił maszynką włosy z nadzieją, że jak Tymek zobaczy, to też będzie chciał! Powiem Ci więcej! Nic to nie dało! I wiesz co? Wiesz co? Tymek wtedy nie spał, a był obok niego i trzymał go za rękę! A teraz śpi! Śpi! Jak niby miał zobaczyć..?!

Jeden objebanych nad uchem z lewa. Drugi z prawa. To dopiero pierwszy dzień naszego dziecięciodniowego urlopu majówkego. Nie chcę nawet myśleć, co będzie dalej…

Tak, wiem, że jako polonistka nauczająca młodzież polską powinnam znaleźć synonim wulgaryzmu albo przynajmniej złagodzić wyraz o mniej nacechowany pejoratywne, ale oni naprawdę są objebani. Po prostu. Obaj. Na całe szczęście ja po czwartkowej wizycie u fryzjera wyglądam niczym młodsza (!!) wersja Jennifer Aniston. Jak widzicie samopoczucie mimo dramatycznych wydarzeń u mnie całkiem niezłe.

Aha. Słonecznej majówki wcale nam nie życzcie, bo przy takiej pogodzie jaka aktualnie, z pełnym wytłumaczeniem można nosić grube czapki. Najlepiej niewidki.

Zatem: co najczęściej kobiety dostają od mężczyzn? Oczywiście, że pierdolca!

Trzydzieści lat minęło.

Że jestem z rocznika datowanego na pradawny to rzecz oczywista.

Absolutnie nie nadaję się do noszenia New Balance z odkrytą kostką gdy temperatura nie przekracza trzynastu stopni celcjusza. Mało tego. Ja w ogóle nie pragnę New Balance! Modnie przetarte dżinsy, przyprawiające o zawał serca moją babcię, która umartwiona szepce do dziadka, że trzeba nas wspomóc finansowo, bo spodnie dziurawe – toleruję tylko latem. Na pytanie co zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę odpowiadam ciepłe, wełniane majtki. Gdy koleżanka z pracy wspomina, że ostatni strajk, jaki przeżyła w robocie to ten w ’81, mam ochotę odkrzyknąć, że ja także. Bardzo utożsamiam się ze starszym rocznikiem. Agnieszka Osiecka, Kasia Nosowska, Wisława Szymborska, Kazik Staszewski, Wojciech Młynarski, Marek Grechuta – do nich mi zdecydowanie bliżej. Nie odróżniam Beyonce od Ruhanny, Dżastina Bimbera od Kenyego Westa, a mój telefon komórkowy typu cegła zamieniłam na smartfona tylko dlatego, że mąż nie mógł zdzierżyć i kupił taki new multi kulti. Z czułością wspominam czerwonego fiata 126p mojego taty, zabawy wieku dziecięcego na trzepaku oraz diabła, który jeździł po moim rodzinnym osiedlu czarną wołgą i porywał dzieci.

Wczoraj kończyłam 30stkę z bezcenną myślą i uczuciem, że dobrze mi w tym życiu. Mądry facet, tłuste dziecko – dobrobyt w czystej postaci. Nastąpiła zmiana kodu na trójkę z przodu i cóż. Panta rhei. Staro się nie czuję i chyba też jeszcze stara nie jestem, bo nie narzekam na naszą dzisiejszą młodzież. Wręcz przeciwnie! Młodzież uważam za cudowną i cudowności od nich doświadczam. Gdy zacznę marudzić, że ta dzisiejsza młodzież taka, siaka i owaka, będzie oznaczało, żem stara!

Sto lat mi i wszystkim, którzy najlepszym, bo 1987 rocznikiem!

20170331_165012

 20170331_164949

received_1788133884545527

20170331_163332

Od Nas wszystkich. Ósmomarcowo.

Przytuli, ukocha, opierdoli jak trzeba.

Wie czego chce. Bardzo wie. Choć wahania nastroju spowodowane napięciem przedmiesiączkowym wcale w tym wiedzeniu nie pomagają.

Mimo, że jest mocarnym czołgiem, ma problem z samodzielnym podniesieniem kanapy w celu skrupulatnego usunięciu spod niej kurzu, tuż przed wybiciem godziny dwudziestej trzeciej. Sen? Dziękuję, postoję, ekologiczna marchew sama na sok się nie przetrze. Męczy się siedząc, krzątając – odpoczywa. Długa szyja kręcąca odpowiednio głową. Tak długa, jak jej długie nogi do samej podłogi. Piersi co prawda zniekształcone nieco karmieniem, ale przecież jest push – up. Push and up your life madame. Klasa, wdzięk, rozpacz i dramat. Głośny śmiech, choć częściej ciepły uśmiech. Whisky z colą, gin z tonikiem, browar w plenerze, bezalkoholowe piccolo w dniu urodzin najmłodszego dziecka. Żal i pretensje tylko do siebie. Nie komentuje, zdecydowanie częściej słucha,  choć swoje myśli zawsze. Myśli. Bardzo myśli. Najczęściej o innych, że obiad trzeba, że brudne skarpety. Pocałuj mnie w dupę też myśli. Przytakuje głową. Hipokryzja? Nie, to umiłowanie świętego spokoju. Piękna, choć w dresie upapranym pomidorową. Obłędnie pachnąca, choć po całym dniu bieganiny. Seksowna nawet w wełnianych skarpetach. Konsekwentnie szalona, poukładana w wariacji. Zawsze wie, zawsze musi, zawsze zrobi, zawsze da radę. Forever and ever.

Piękna ta abstrakcja konkretu o kształtach kobiecych.

DSC_1323

 DSC_1326-1

Relax.

Reklama dźwignią handlu. Podstawą efektywnego marketingu jest – jak donoszą najmądrzejsze podręczniki – sprecyzowanie docelowej grupy odbiorczej. Takiej, która skonsumuje i nawet jeśli wypluje, to zostawi kasę w prywatnej kieszeni.

Weźmy na ten przykład takiego dentystę. Że niby dentysta sadysta. Że borowanie, dłutowanie, ręką, noga mózg na ścianie. Tymczasem Matka Polka rozkłada się wygodnie w fotelu, a dźwięk dentystycznego wiertła odbiera jako przytulne i zachęcające do drzemki brzęczenie Szumisia. Nie straszne jej światło bijące po oczach niczym to, którym Gebels i Despero traktowali najokrutniejszych zwyrodnialców świata tego, a aktualnie potraktować nim powinni samego Patryka Vege z pytaniem Why Patryk why?! Matka Polka leży. Ona leży. Prawie jak w SPA. Wszak i wygodny fotel jest, i to brzęczenie niemalże jak szum fal – a niech tam – Morza Śródziemnego. I światło udające słońce. Nic więcej do szczęścia jej nie potrzeba. Ona leży. W domu bunt dwulatka, który do perfekcji opanował artykułowanie słowa nie, nawet jeśli ma ono oznaczać tak. W pracy bunt nastolatka, który zastanawiając się, czy szczęśliwy numerek chroni tylko od nauczycielskiego pytania, czy może jednak także od niezapowiedzianej kartkówki, postanawia zgłosić się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Jak wiadomo punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia i ten szczęśliwy numerek będzie oznaczał zupełnie coś innego w akademiku, ale wtedy nikt nie będzie pisał do Hagi. Leży więc matka, zrelaksowana zupełnie, modląc się by wszystko nie trwało zbyt krótko. I gdy okazuje się trzeba zaborować, i że kanałowe, to postanawia jak najszybciej skorzystać, zapisać się naprędce do prywatnego dentysty – wcale nie sadysty, bo przecież na fundusz to za półtora roku najwcześniej. A jednak czekać taki kawał czasu na relax przez wielkie x, to nawet nie przesada, a po prostu ryzyko.

Ważne by dostrzec potencjał i sprecyzować trafnie potrzeby każdego spragnionego konsumenta. Matce tez się należy, matka też konsument. I nie chodzi tylko o wkładki laktacyjne, co to, to nie.

Do zobaczenia zatem dentysto. Ach mój dentysto!

O małej dziewczynce i dużym miśku ku pokrzepieniu serc.

Może nawet bardziej dla tych, którzy dzieci nie mają. Ci, którzy są jakże szczęśliwymi i jakże kurwa zmęczonymi posiadaczami dziecka sztuk minimum jeden, na pewno już stali się wybitnymi znawcami kreskówki, która podbija serca małych i dużych.

Czy czujesz się czasami jak Briget Jones świętująca swoje trzydzieste urodziny w samotnym skowyciu podstarzałej macicy? Czy zdarza ci się przeleżeć dzień we flanelowej pidżamie oversize? Czy bywają weekendy pełne kubełków lodów o smaku karmelowej krówki ciągutki i Friendsów oglądanych po raz siedemdziesiąty w tym miesiącu? Czy miewasz dni zupełnej depresji i życiowego doła niczym dwulatek, któremu dano jabłko pokrojone w ćwiartki zamiast przekrojonego dorośle na pół?

Jeśli tak, to się ratuj. Ratuj się, kto może. Ratuj się Maszą i Niedźwiedziem! Kreskówką radosną, pogodną i optymistyczną niczym majowy skowronek. Bajką, która urzeka dobrocią, kreatywnością, błyskotliwością, humorem i która uczy od najmłodszych lat, że psoty gilgoty to nic złego, bo przecież z każdej sytuacji można wyjść obronną ręką, jeśli tylko się działa i chce.

O Maszy i Niedźwiedziu opowiadali mi rodzice, którzy odkryli animację spędzając zimowe wieczory z marudnym nieco wnukiem. Ot popatrzyłam wtedy na nich, jak na wariatów, wszak często tak patrzę. Jednak kiedy wróciłam do domu po trzynastu godzinach pracy, a mąż zamiast troskliwego pytania o moje samopoczucie zaczął opowiadać o tym, ile kaszy ugotowała Masza i co robiła z jej nadmiarem – postanowiłam zainteresować się fabułą. No i oklaski! Wyciąga z otchłani zimowego marazmu. Jeśli wam się nie chce, to już wam się chce.

Zostajemy z Maszą i Niedźwiedziem do wiosny. Na szczęście nie wszystkie misie zimą śpią, a dobra bajka nie jest zła. Wbrew złowrogim bajkom opiniom.

« Older posts

© 2017 mama tymkowa