mama tymkowa

Blog osobisty

Homo homini lupus est II.

Podobno rodzice wyróżniają i klasyfikują przerażające pytania, które usłyszeć mogą od swoich dzieci według następującej hierarchii:

1. Skąd ja się wziąłem/wzięłam?

2. Czy Ty kiedyś mamusiu umrzesz?

3. Czy ja kiedyś umrę?

4. Dlaczego tatuś leżał na mamusi na golasa?

5. Dlaczego mamusia i tatuś trzymają te dziwne baloniki z małego pudełeczka w sypialni po łóżkiem?

6. Dlaczego ten pan śmierdzi? (wypowiedziane w komunikacji miejskiej bardzo, bardzo donośnym i wyraźnym jak nigdy głosem.)

Przysięgam, że gdy wyobrażam sobie, że syn mój zadaje którekolwiek z tych pytań, nie drętwieję tak jak wtedy, gdy słyszę pytanie zadawane co drugi dzień, przez co drugą dorosłą osobę:

Czy Tymek idzie do przedszkola?”

Rzygać mi się chce, choć właściwie to pytanie jest dopiero preludium do całości. Bo kiedy w stylu Rysia snajpera rzucam szybkie i niechlujnie „nie” (bo na dzień dzisiejszy taką decyzję utrzymujemy) to dopiero znaczyna się zabawa! Wielkie, oburzone, zdziwione, zapowietrzone „DLACZEGO?!”

Ogromny problem mam z tym „dlaczego”. Co odpowiedzieć półobcej osobie, albo nawet powiedzmy „bliskiej”, ale jednak nie znającej Tymka, widującej go od czasu do czasu, na chwilkę, na zdjęciu, w opowieściach? Co odpowiedzieć osobie nie do końca znającej rytm naszego rodzinnego dnia? Co odpowiedzieć osobie nie zdającej sobie sprawy z naszych potrzeb, poglądów, priorytetów?

Próbowałam najprościej, powołując się na ogólnie znane społecznie prawdy, nawet na stereotypy – bo płacze. Ach i och, jakże głupia i naiwna byłam! Następował tu bowiem zawsze, ale to zawsze, najmądrzejszy wywód świata na temat tego, że przecież popłacze i przestanie, że nie można dać się terroryzować dzieciom. Moje jedno krótkie „bo płacze” zderzało się z półgodzinnym wywodem, który ewentualną niegotowość przedszkolną dziecka traktował jako terroryzm i chimery.
Zmieniłam zatem taktykę i zaczęłam odpowiadać: „jeszcze zdąży, jeszcze się nachodzi”. O panie! Kij w mrowisko. Bo dzieci potrzebują rówieśników, bo dzieci muszą się rozwijać, bo dzieci powinny robić coś kreatywnego.

Kochani rodzice. To nie żłobki, przedszkola, szkoły wychowują i kształcą dzieci. To my – rodzice przez wielkie R jesteśmy odpowiedzialni za ich kształcenie, rozwój pasji, duszy, umysłu. Placówki oświatowe pomagają nam, podsuwają możliwości, współpracują w tym procesie, współtworzą go. Jednak szkoła nam dziecka nie wychowa. Przez wychowanie mam na myśli zarówno wpojenie zasad odnośnie kultury osobistej, systematyczności, konsekwencji, organizacji pracy własnej, dysponowania czasem, jak i chęci i potrzeby do rozwijania pasji, zainteresowań, czytelnictwa. Placówki oświatowe powinny to kontynuować, jednak zaszczepić to w dzieciach musimy my.

Zupełnie inną sprawą jest posyłanie dziecka do przedszkola w ramach zapewnienia mu opieki wtedy, gdy my na katorżniczym etacie. Choć pewnie i w tym przypadku znaleźli by się najmądrzejsi radzący takim rodzicom, jak żyć, jak zmienić pracodawcę i codzienność. Bo my bardzo chętnie oceniamy innych, komentujemy ich poczynania, poczynania ich dzieci. Gorzej i słabiej wpadamy natomiast w krytycznej ocenie samych siebie.

Chcesz zacząć zmieniać świat, zacznij od siebie.

Keep calm nad enjoy the weekend, który wydaję sie być czasem bezpiecznym i bezspornym, bo jednak w większości wszystkich przypadków bezprzedszkolnym.

Adios pomidory.

Wpis z Łodzią (i jak się okazuje alkoholem, bo nieco o polonistach) w tle.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wyłącznie dla dzieci. Otóż nie, choć głównie z myślą o nich. Nie od dziś wiadomo jednak, że w zabawy dla najmłodszych najlepiej umieją najstarsi (zabawa w lekarza – wiadomo; w pacjenta szpitala psychiatrycznego – jawka pewka, że każdy ojciec; w pielęgniarkę, kucharkę, sprzątaczkę, nauczycielkę, konika – każda matka).

Może bardziej dla dużych niż małych, choć wierzę, że jednak dla dużych i małych wespół w zespół. Z pewnością dla zakochanych w Łodzi i dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że Łódź naprawdę da się kochać. Dla tubylców i odmieńców. Czyżby wychodziło na to, że i dla tych z prawa, i dla tych z lewa, i nawet tych, co w środku? Tak!

Wspaniały przewodnik dla wszystkich, którym chcę sie wyjść z domu, którzy lubią myśleć, poznawać, odkrywać, a przy tym dobrze się bawić. Nie, nie jest to recenzja książki o piwie polskim, które właściwie z klasycznym browarem często ma już niewiele wspólnego.

Przewodnik Odkryj Łodź. Bardzo twórcza książka o niezwykłym mieście to fantastyczna zabawa w odkrywanie miasta, której przewodzi autorka książki Karolina Kołodziej – matka dwójki pociech i wspaniały wykładowca uniwersytecki. Wszyscy poloniści wywodzący się z Uniwersytetu Łódzkiego pamiętają, jak cudownie dr Karolina przeprowadzała słuchaczy przez meandry pozytywizmu i młodej polski. Mam nadzieję, że ci, którzy nie pamiętają, w końcu dojrzeli, wytrzeźwieli i nadrobili zaległości w historii epok literackich, a już na pewno nadrabią zaległości w poznawaniu historii Łodzi właśnie z tym przewodnikiem w ręku (pamiętamy, że browar odstawiamy w ogóle, nie że z prawej do lewej lub odwrotnie).

Tak, ja dojrzałam. Czego i Wam życzę. Jest równie fajnie, jak w akademikach.

Odkryjmy Łódź! Może po raz pierwszy, może po raz kolejny, ale inny i na nowo. Przenieśmy się do czasów dzisciństwa i młodości. Zagrajmy znów w podchody i uniwersytety.

Ważne niesłychanie, że możemy to robić wraz z uściskiem mięciutkich dłoni naszych dzieci i odgłosów tupotu ich małych stóp.

Nic się nie martw, nie panikuj, bez dramatu. Jeśli nie masz potomka, wypożyczam swego.

okladka-nowa-przod

Plus i minus.

Jest minus, bo ciąża to jednak dodatkowe kilogramy, stres i zmartwienie, czy zdrowe będzie. I bóle pleców, i bóle nóg. Żylaki często, niestety gęsto i głęboko. Poród. Przystawienie dziecka do twarzy lub na klatkę piersiową. Pierwsze spojrzenie i dotyk. Jest plus. Plusy! Razy miliony.

Jest minus bo noce nieprzespane. Zmęczenie, uwiązanie do dziecka i kawa zimna. Jest jednak równoważący plus, bo bezzębny uśmiech o piątej nad ranem. I ten plus daje ci kopa na resztę zmęczonego tygodnia.

Jest minus bo od rana dreptanie bezustanne, trucht w pocie czoła lub bieg z zadyszką. Prosisz więc męża swego by to on dziś zrobił kolację, wczorajszą bułka bez masła z rzuconym na nią niechlujnie salami będzie wszak pasować. A on, że nie, bo on wyłączał wczoraj telewizor. I kiedy już atmosfera taka, że siekierą by ją można ciąć, to dziecko z nocnika woła, że już skończyło, a to co zrobiło to masakra. I śmiech, i po sprawie, bo dwulatek oceniający swoją kupę jako masakrę naprawdę bawi i rozczula. Plus bezsprzeczny.

I te buziaki w oko i w nos, i te wierszyki wspólnie recytowane, i wszystkie kocham i aj ja wiu. I ta duma, gdy kilka wierszyków już z pamięci zapodaje, a co uważniejsi bliscy lub ci na ulicy się dziwią, że każdą markę auta rozpoznaje bezbłędnie. Ogromny plus, nawet jeśli po minusie za awanturę na środku chodnika.

Jak jest dalej jeszcze nie wiem, choć mam nadzieję, że nadal tak fajnie.

Sposób, w jaki matka wybiera kosmetyczkę jest jeden.

Wyciśnięta z dnia chwila relaksu. Klimatyzowany gabinet, kiedy na zewnątrz tropiki. Smooth jazz z głośników, choć po przeciwnej stronie ulicy, na samiusieńkim środku chodnika wesoła gromadka mocno przeżartych odorem alkoholu i przesikanych krzaków żuli. Ponieważ niesłychanie wkurzają mnie wiecznie z wszystkiego niezadowoleni malkontenci bezustannie narzekający na Łódź,  wpatrzona w perełkową tapetę gabinetu kosmetycznego zatapiam się w myślach i rozważaniach o poczuciu estetyki Hanny Zdanowskiej i tym, co tak właściwie chciała osiągnąć otwierając kolejny, jakże modny woonerf z gromadką męczenników żulerskich. I gdy dochodzę do jakże budującego wniosku, że te żule to na pewno nie nasze, a przyjezdne – prosto z miasta Kutna (bo kto nie był na dworcu w Kutnie, ten życia nie zna) – zza granic miasta i myśli wyrywa mnie od dłuższego czasu dziamgający głos pani kosmetyczki. Że ona naprawdę nie rozumie, dlaczego 500 + dają tylko na dzieci, a nie dają na psy. Bo utrzymanie takiego psa to kosztuje. I ona wie, co mówi, bo ona ma dwa jorki. Dwa!

Patrzę na nią z nadzieją, że to jakieś wyrafinowane poczucie humoru, na które jestem zbyt głupia. Ale nie. Więc patrzę na nią i milczę. No bo cóż. Znów jestem w punkcie wyjścia, wiem, że nadal szukam kosmetyczki. Bo choć babka pięknie robi co tam trzeba, to oprócz ciała odpoczywać musi przede wszystkim głowa.

Nie jest to moja gorąca deklaracja podparcia dla 500 plus. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko w tej kwestii działa jak powinno i jak bardzo Polaki cebulaki potrafią kombinować, by oszukać, zaniżyć i dostać. Jest to natomiast moja gorącą deklaracja przeciw bezmyślnemu gadaniu. Za dużo tej głupoty dookoła. Tak powstają bijące po społeczeństwie podziały na dzieciatych i bezdzietnych. I na paplających i milczących. I na ciut myślących i bezmyślnych też.

Z pozdrowieniami dla wszystkich Kutnian. Czy tam mieszkańców Kutna.

O Matko!

Dzień Matki. Dzień Matki Rozdrażnionej, bo nie spała spokojnie i twardo od czterech tygodni. Katar i astma najmłodszego, egzaminy starszego, choroba ojca. Nie spała. Nie umie, choć bardzo chce i potrzebuje.

Dzień Matki Płaczącej przy obieraniu włoszczyzny, bo to właściwie jedyne miejsce, gdzie jest sama i jedyny czas kiedy jest sama. Nikogo innego obieranie włoszczyzny nie obchodzi. Ją musi. Wszyscy inni odpoczywają po trudach pracy i edukacji. Ona też jest po pracy, a przecież nie odpoczywa wcale. I nawet jeśli do pracy nie wyszła od kilku miesięcy, to jej aktualna praca nazywana paradoksalnie urlopem macierzyńskim bywa trudniejsza niż mogłaby to sobie kilka lat temu wyobrażać. Płacze więc teraz, tak żeby nikt nie widział, po cichutku, przy tej włoszczyźnie ciągnącej się, jak jej zmęczenie. Kiedy ma poryczeć, jak nie teraz. Podczas wieczornego prysznica nie może popłakać, bo po pierwsze nie starczy jej sił na prysznic, a po drugie – nawet jak dotrze do wanny, to na pewno nie będzie tam sama. Jakieś malutkie stópki wepną się na paluszki by z radością matce potowarzyszyć. A jeśli nie stópki to pięść nastolatka oznajmiającego przez drzwi łazienki, że on właśnie teraz musi się wykąpać, bo akurat przerwa w serialu i jeśli się właśnie teraz nie odświeży, teraz, teraz, właśnie teraz, to śmierdział będzie przez następne dwa dni. I żeby ona, matka znaczy – wiedziała, on lojalnie uprzedza, bo ona, matka znaczy, pretensje później ma o to śmierdzenie jego, syna nastolatka znaczy. A to właściwie jej wina.

Dzień Matki Szczęśliwej, Dzień Matki Rozczarowanej, Dzień Matki Zaczarowanej, Dzień Matki Kombinującej i Zasupłanej. Dzień Matki Jedynej i Najlepszej. Dzień Matki kochającej jak stąd do nieba. Bezwarunkowo i mimo wszystko.

FB_IMG_1466854038558

« Older posts

© 2017 mama tymkowa